Regeneraci

Maj rok 1982

- Usiądźcie! Ogłoszenia duszpasterskie – …i pamiętajcie aby na stole komunijnym nie stała butelka wódki!!!

No i w dzień mojej komunii świętej wspomniana butelka na stole nie stała. Wódkę przelano do butelek po oranżadzie. Wróciłem zgrzany i zziajany z pokomunijnych szaleństw na rowerze. Nalałem sobie z oranżadówki do literatki stojącej na stole i wypiłem duszkiem.

Paskudne to było strasznie. Później dowiedziałem się od przerażonych rodziców, że właśnie strzeliłem sobie pierwszą setę.

Druga klasa liceum

Z kolegą Grześkiem poszedłem na łąkę wypić, już świadomie, pierwsze piwo. Wypiłem pół, było takie sobie, nawet smaczne ale nic nadzwyczajnego. Zrobiło mi się wesoło.

Później w liceum na długiej przerwie wyskakiwaliśmy na piwo, a po lekcjach na wino.

Piłem z kolegami, okazjonalnie się z nimi upijałem, wymiotowałem…, ale to nie było to. Do pewnego momentu czułem się dobrze, potem robiłem się senny, zmęczony, zamulony, taki filozoficzno-melancholijny. Nie, nie podobał mi się ten stan. Koledzy się bawili a ja siedziałem smętny. Do tego jeszcze dochodziły koszmarne kace. Był też jeden lub dwa zerwane filmy.

Poza tym, zauważyłem, że moi rodzice mają zwyczaj wieczornego popijania, dwie setki i piwo, dwie, trzy porcje winiaku. Nie więcej, ale za to codziennie. Nigdy, ale to nigdy nie widziałem ich pijanych.

Ponieważ zauważyłem, że fajnie mi było do pewnego poziomu alkoholu we krwi to małe porcje alkoholu na rozluźnienie po lekcjach, to było to. Nie potrzebowałem towarzystwa innych pijących, mało tego, nawet mi przeszkadzali, bo nie rozumieli mojego rytmu i oczekiwanych efektów wpływu alkoholu. Szmerek w głowie a nie zataczanie się. Szmerek, ale za to codzienny i możliwie wcześnie.

Matura i egzaminy na studia.

Bałem się ich już w podstawówce więc jakoś przeszły w miarę bezstresowo. Alkoholu jakoś z maturą nie kojarzę, ale może gdybym wtedy, po maturze, poszedł na kremówki... kto to wie gdzie bym teraz siedział.

Po egzaminach na studia był kolejny urwany film, ostatni lub przedostatni.

Studia

Codzienne porcje alkoholu, raz mniej raz więcej, ale nigdy dużo. Zawsze miałem pieniądze, więc to nie stanowiło problemu. Dyskoteki, zabawy, bale, imprezy – przed zabawą na szybko wypijałem pół litra razem z kolegą na spółkę lub ćwiartkę samemu i potem jakieś piwo, drink. Sen był we własnym łóżku z pamięcią jak tam dotarłem.

Na klasyczne kumplowskie popijawy nie chodziłem, bo po dużej dawce alkoholu, jak wspominałem, źle się czułem i byłem marudny, upierdliwy oraz generalnie męczący dla siebie i bliźnich.

Na czwartym roku studiów kupowałem wino z bezpośredniego importu z Węgier. Pewnego dnia wracałem z zajęć i już cieszyłem się, że za chwilę się napiję. Współspacz niestety mnie ubiegł i wypił MOJE wino. Do tej pory pamiętam irytację, złość, mój krzyk, zdenerwowanie, że nie mam alkoholu. Teraz wiem, że był to pierwszy sygnał uzależnienia.

Pierwsza praca

Najlepsza agencja reklamowa w Polsce, branża FMCG gdzie były największe budżety reklamowe ale też i praca po 12 godzin. Byłem typowym Yuppie, bardzo duże pieniądze ale też i duży stres, więc żeby zasnąć konieczna była codzienna butelka wina.

Belferka

Dotarła do mnie prywatna uczelnia wyższa z propozycją prowadzenia zajęć dla studentów. Zrealizowałem cykl wykładów i poczułem się cudownie, ludzie mnie słuchali, moje wykłady były oceniane bardzo wysoko. Pomimo znacznie mniejszych pieniędzy zdecydowałem się zostać na uczelni.

Był to cudowny czas, wspaniali ludzie którzy chcieli się uczyć ale i żyć, bawić się. Ja jako wykładowca, biegunowo odległy od stereotypu nudnego belfra, chodziłem z nimi na dyskoteki, bawiłem się, piłem, szalałem. W końcu byłem w ich wieku lub niewiele starszy, a często młodszy. Kilka lat byłem w absolutnej euforii, przecież jestem królem życia więc kto zabroni królowi życia zabawy podlewanej alkoholem.

Byłem przewodniczącym komisji przed którą słuchacze podyplomówki bronili prace dyplomowe, po obronie oczywiście odbyła się balanga nad jeziorem. Po nie przespanej nocy jechałem autobusem do drugiego miasta gdzie miałem być też przewodniczącym komisji i to jeszcze grupy, gdzie byłem promotorem prac. To była moja ulubiona grupa, która ponadto wybrała mnie na najlepszego wykładowcę uczelni. Ja niestety po przyjeździe na miejsce byłem zbyt pijany, żeby wyjść do nich. Zasnąłem w pokoju gościnnym uczelni. Obrony odbyły się beze mnie, potem musiałem tylko podpisać protokoły. Czułem odrazę do samego siebie. Do tej pory jest to mój największy wstyd alkoholowy.

Pierwsze dno

Bardzo szybko po tej zawalonej obronie, stałem, trzęsąc się o 6.01 pod sklepem z jakimiś degeneratami, fusami, chlorami, łochami. Denerwowaliśmy się, że jest już 6.02 a sklep dalej zamknięty. I taka myśl: ale przecież ja nie jestem taki jak oni!!!, a może jestem?

Ponieważ męczyły mnie zgagi i biegunki poszedłem do lekarza. Lekarz patrząc na wyniki badań stwierdził:

- Panie Piotrze, jeszcze trzy lata takiego picia, potem trzy lata umierania na marskość wątroby i w wieku 35 lat idzie pan do piachu.

Na mój silny strach o życie nałożyły się te dwa przeżycia: obrony i sklep. Dostałem benzodiazepiny na zespół odstawienny i siedem lat nie piłem. Niestety nie uczestniczyłem w żadnej terapii czy mityngach AA, bo nie wiedziałem, że to dla mnie.

Siedem lat później

Miałem już żonę, dziecko było w drodze, kupiłem własne mieszkanie, prowadziłem firmę, zatrudniałem ludzi. Stwierdziłem, że jak potomek się narodzi to sobie piwo wypiję. Kiedyś jadąc z Warszawy do Radomia w miejscowości Lesiów stwierdziłem, że syn urodzi się za dwa, trzy tygodnie, to po co mam czekać, napiję się dzisiaj, przecież siedem lat nie piłem. Ogarnął mnie szał, amok, ostatnie dwanaście kilometrów przejechałem jak szalony, zostawiłem auto pod domem i poleciałem do pubu. Piłem piwo, ach co to było za cudowne, wspaniałe, błogosławione odczucie. Boże Ty mój jak mi było dobrze!!!

Trzy tygodnie później wymykałem się z domu aby między garażami wypić dwie setki. Musiałem się ukrywać bo przecież byłem żonaty. A tak sobie obiecywałem, że tylko wino okazyjnie.

Kolejne dziesięć lat

Wszystko wróciło. Utyłem ponad 20 kilo, pojawiły się problemy z wątrobą, nerwami, co raz gorsze relacje z dzieckiem, żoną. Alkohol mi towarzyszył wszędzie i codziennie. Nie mniej jednak, jak żona prosiła abym nie pił na weselu to nie piłem, ale po powrocie do domu się suto wynagradzałem.

Mój zwykły dzień. Wybiła godzina szesnasta więc kończę pracę, idę do sklepu po zakupy. Przed domem na szybko wypijam dwieście gram i po złapaniu oddechu jeszcze sto. Teraz tylko trzeba było wejść do domu, przywitać się z żoną, dzieckiem, powiedzieć kilka zdań zanim alkohol zacznie mnie rozbierać, otworzyć piwo i go wypić jako alibi. Uff minęło 15 minut teraz do 21.00 było mi dobrze, potem spanko i od siódmej rano nerwowe oczekiwanie na godzinę szesnastą, siedemnastą. Pod popołudnia z alkoholem planowałem wyjazdy, delegacje, spotkania z klientami itp. itd.

Po jakimś czasie zauważyłem, że po siedemnastej wcale nie jest mi lepiej, tylko jest mi normalnie, za to od siódmej do szesnastej było mi źle, byłem zdecydowanie bardziej nerwowy, krzykliwy, wystraszony, zły, zdenerwowany. Alkohol nie przynosił już radości a tylko złudę powrotu do normalności. Taki dół sinusoidy i próbą powrotu do stanu zerowego. A nie stan zerowy z wybiciem na plus. Efektem był konflikt z żoną, oddalenie się dziecka. W połowie roku 2016 zauważyłem, że chyba mam problem. Ale co to, ja sobie nie poradzę? Nie będę potrafił kontrolować picia? Ale o tym później.

© 2013-2019 PRV.pl
Strona została stworzona kreatorem stron w serwisie PRV.pl